środa, 2 marca 2011

POPsychologii czyli psychologia w stylu POP!

dobry wieczór Dyskutancie,jak się dziś czujesz:P?

-spokojnie,nie będziemy już zadawać tego typu pytań-terapia zakosztowana na ostatnim spotkaniu z pewnością wystarczy na długo;)

zajmowaliśmy się-jak po nagłówku łatwo się domyślić-kwestią pozycji psychologii(oraz psychoterapii)w dzisiejszym,nerwicogennym,świecie.

zastanawialiśmy się,czym jest psychologia. rozważaliśmy naukowość tej dziedziny poznania. pytaliśmy,czy może być w ogóle użyteczna. w końcu-osobiście,na ile wierzymy w jej działanie,jako gabinetowej psychoterapii?-nie było tu pełnej zgodności,wydawało się,że szanujemy i jesteśmy sceptyczni w stosunku do tej nauki równocześnie. a może to właśnie odpowiednia postawa wobec jakiejkolwiek dziedziny badań...?

położyliśmy nacisk na odróżnienie tych kilku podstawowych,a mylonych często terminów-psychologia,psychoterapia,psychiatria. wytyczyliśmy pewien zarys różnic pomiędzy chorobą psychiczną i zaburzeniem. nieuchronne było pytanie o genezę tychże(część opowiedziała się za szczególnym przewrażliwieniem współczesnego człowieka na punkcie swej kondycji psychicznej,ale raczej jasne było,że choroba psychiczna-to nie wymysł XX/XXI wieku;]).

pośród ciekawych wątków,jakie nasuwały się same przez się,ważna była kwestia wzajemnej relacji religii/wiary i psychologii-czy wykluczają się one? czy może zastępują? czy jest szansa na ich pokojowe współistnienie lub-...może jednak!-współdziałanie na rzecz dobra człowieka??-zauważyliśmy masę niebezpieczeństw,w jakie można się tu uwikłać(co zdarza się nad wyraz często),granica pomiędzy kompetencjami tych sfer życia ludzkiego wydaje się bowiem bardzo płynna... niemniej,zdecydowaliśmy,że wymaga refleksji i zaznaczenia,aby np.duchowości nie pomylić z psychiką(i odwrotnie),a wiary-wyłącznie z zaspakajaniem potrzeb.

przeprowadziwszy mini-terapię w parach(po krótkim szkoleniu-w przypadku 'terapeutów' i wyimaginowaniu problemu-u 'pacjentów),podzieliliśmy się doświadczeniami,które miały nas powieść w stronę stwierdzenia,że terapeutą może być zasadniczo każdy dobry słuchacz. pop-terapeutą. dało to zaczątek do poruszenia tematu wszechobecności psychologii i jej trywializacji. niezaznajomionym polecamy http://www.krolartur.com/

zakończyliśmy,zataczając krąg-od genezy i potrzeby psychologii do jej różnorodności,przyszłości i newralgicznej naukowości. starałam się pokazać,że jako dziedzina nauki,psychologia może być godna zaufania i użyteczna. oczywiście,jest to pewien potencjał,który łatwo źle wykorzystać. POPizacja na pewno jest ku temu genialnym sposobem.

zanim zaproszę do debaty,czym dla Was jest psychologia,jak widzicie jej rolę we współczesnym świecie,czy przemawia do Was jej naukowość i jakie niebezpieczeństwa nieść ze sobą może(zwłaszcza w wydaniu amatorskim)-polecam świetny artykuł Sławomira Murawca o tym,co to znaczy ŹLE uprawiać psychologię http://www.psychologia.net.pl/artykul.php?level=101
-bardzo warto się zapoznać! wypowiedzieć także bardzo warto:)

środa, 26 stycznia 2011

nie(o)źle o złu

witajcie,nieźli bloggerzy;)

zacznę od stwierdzenia,że ostatnie spotkanie wydaje mi się zasadniczo niepodsumowywalne:P

-bo zaczęliśmy niby w sposób uporządkowany i do tekstów, a raczej linków
http://www.prisonexp.org/polski/
http://w451.wrzuta.pl/pli...x/dswu_24.01.11

http://w397.wrzuta.pl/plik/7Cj02hzRXSw/zlo
nawiązujący, od krótkiego przedstawienia Stanfordzkiego eksperymentu więziennego[w którym kilkadziesięciu młodych studentów wcielało się w role strażników i więźniów nieco nazbyt skutecznie...] oraz odczytania wiersza Różewicza, a potem rozpętało się intelektualne piekło;]

wstęp miał być kontrowersyjny. bo też-pomyśleliśmy sobie-kto z nas nie wierzy w zasadniczo dobrą ludzką naturę...?-jak się okazało, nie tylko Różewicz, Zimbardo i kilku forumowiczów(którym 'ukradliśmy' opinie, aby się do głosu społęczeństwa odnieść) miało co do tak optymistycznego założenia zastrzeżenia. najsilniejszym głosem sceptycyzmu wobec niego był postulat o swoistym 'złu oczywistym', nieutożsamialnym z prostym brakiem dobra, które zaobserwować można nie tylko(ale jak najbardziej, także) na przykładzie wojen i ich tyranów...

zatem, z jednej strony 'bardzo dobre' dzieło Boże, stworzone na Jego obraz i podobieństwo, zdolne do altruistycznych pobudek, choć może czasem zagubione(głupie? grzeszne?), a z drugiej-może po prostu urodzony egoista?-może rzeczywiście posiadamy ów 'okruch zła' w duszy?
jak to jest, że wyrzeczenia kosztują nas tyle pracy nad sobą, a rodzimy się z roszczeniami i dbać o siebie w zasadzie uczyć(większości z) nas nie trzeba?

inną kwestią pozostaje pytanie o możliwość jakiejkolwiek dyskusji na temat natury(którą-jak się okazało-każdy rozumie nieco inaczej;]) człowieka, kiedy cała moralność ściśle łączy się ze wzrastaniem w konkretnej kulturze.[czym innym będzie zemsta dla nowoczesnego Europejczyka, czym innym-dla rdzennego mieszkańca Czadu]. zatem czy trzeba szukać wychowanego wśród małp współczesnego Tarzana, aby wypowiedzieć się o tym, co z natury jest nam (za)dane?

tu pozwolę sobie wtrącić własne 3grosze:) od razu zaznaczam, że w kwestii ludzkiej natury(i paru innych) zapewne wyjdę na naiwniaka lub-delikatniej ujmując-hurra-optymistkę;]
...bo mnie się jednak wydaje, że człowiek jest dobry z natury(rozumianej jako jego powołanie; myśl, która przyświecała przy powstawaniu i kierunek, jaki jego osobie został nadany, aby go rozwinąć). nie potrafię się zgodzić na żadne inne wytłumaczenie, niż to, że zostaliśmy stworzeni jako dobre(bardzo dobre) odbicia Najlepszego. wiążę swoje rozumienie z koncepcją dobra jako braku zła-jedyną, która wydaje mi się racjonalnie tłumaczyć jego(zła) istnienie na świecie... stworzonym przez Czystą Dobroć;] wolność, od początku nam towarzysząca, stała się dla możliwością dobrowolnego opowiedzenia się po stronie dobra... a to, że nieraz wybieramy 'tę drugą opcję'-to nasze prawo... poniekąd przekleństwo... i furtka do zaistnienia zła na świecie. co nie zmienia faktu, że w zamyśle powstaliśmy 'bardzo dobrzy' i pierwiastek tej tendencji można odszukać w każdej-może poza niektórymi chorymi-jednostce. świadczy o tym uniwersalność poczucia winy/wyrzutów sumienia. że po różnych uczynkach się ujawniające-kwestia wspomnianej zależności od kultury(w tym specyficznej moralności).

zanim oddam głos do studia-cytat. żeby nie było, że tylko ja taka naiwna-z samego Fromma;):
'Wykazaliśmy, że człowiek nie jest zły z konieczności, ale że staje się zły, jeżeli zabraknie odpowiednich środków do jego wzrostu i rozwoju. Zło nie ma swego własnego, niezależnego bytu, stanowi ono tylko nieobecność dobra, powstaje w wyniku klęski poniesionej w procesie realizacji własnego życia' ['Niech się stanie człowiek']

a jakie jest Wasze zdanie na temat człowieka?
zapraszam do zgody i niezgody:)

środa, 19 stycznia 2011

Racjonalność wiary?

Cóż, pewnie po poniedziałkowej debacie macie dosyć, z drugiej strony - uważacie, za profesorem Woleńskim, że wiara może być racjonalna jedynie z praktycznego punktu widzenia (w sumie opłaca się wierzyć, jak pokazał Pascal w swoim słynnym Zakładzie!). Natomiast nie da się jej inaczej uzasadnić, nie ma żadnych środków do tego, by znaleźć racjonalne (zrozumiałe i do przyjęcia przez wszystkich) uzasadnienie dla mojego przekonania w prawdziwość zdania "Bóg istnieje".

Otóż, chciałbym Wam powiedzieć, że jednak ksiądz Wszołek - moim skromnym zdaniem - miał rację (co nie zmienia faktu, że rzeczywiście debatę przegrał, ale to właśnie ze względów praktycznych - trudno przegadać zaprawionego w bojach profesora).

Ponadto, na potwierdzenie mojej tezy mogę odwołać się do Nauczania Kościoła:
KKK 36 "Święta Matka Kościół utrzymuje i naucza, że naturalnym światłem rozumu ludzkiego można z rzeczy stworzonych w sposób pewny poznać Boga, początek i cel wszystkich rzeczy" (Sobór Watykański I: DS 3004; por. 3026; Sobór Watykański II, konst. Dei verbum, 6).
Bez tej zdolności człowiek nie mógłby przyjąć Objawienia Bożego. Człowiek posiada tę zdolność, ponieważ jest stworzony "na obraz Boży" (Por. Rdz 1, 27).

Zacznę jednak od pokazania jakie są nieracjonalne metody uzasadniania istnienia Boga. I tak na przykład będzie to intuicja ("Ja po prostu czuję, że on jest!"), objawienie w potocznym sensie ("Widziałem Go, ukazał mi się wtedy i wtedy" lub "Doznałem uzdrowienia"), zdanie autorytetu ("Ksiądz powiedział, że Bozia istnieje")... Wiele by takich przykładów wymieniać.

No dobra, zapyta ktoś teraz, po co w ogóle uzasadniać istnienie Boga? No cóż, odwołujemy się teraz do poniższego pisma:
Pierwszy list św. Piotra (3,15): "Pana zaś Chrystusa miejcie w sercach za Świętego i bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest."

Ksiądz Wszołek chciał pokazać, że tym sposobem "uzasadniania nadziei" jest ABDUKCJA, czy też mówiąc językiem polskich logików: rozumowanie redukcyjne. Wygląda ono tak:

1. Jest mokro ---> musiało zdarzyć się coś, co to sprawiło ---> jeśli jest mokro, to pewnie sprawił to deszcz ---> WNIOSEK:  padał deszcz.

Przekładając to na język dotyczący Boga:

2. Żyję i myślę ---> Ktoś musiał się do tego przyczynić ---> Dotyczy to rodziców, i ich rodziców, i ich rodziców itd. ---> Pierwszych ludzi coś stworzyło ---> Człowiek jest tak niezwykły, że nie mogły to być przyczyny naturalne, w sumie to samo dotyczy całego świata ---> Doskonały Bóg stworzył człowieka i świat --->  WNIOSEK: Bóg istnieje.

Łatwo zauważyć zawodność tego rozumowania - w pierwszym przypadku mógł przejechać beczkowóz lub polewaczka. W drugim Stwórca wcale nie musi być dobry, doskonały (o tym już w następnym spotkaniu DOXY:)). Jednak nie znaczy to, że jest ono nieracjonalne! Każdy je rozumie, może co najwyżej podważyć przesłanki, założenia. W wierze nie chodzi jednak o to, by kogoś do tego przekonywać. Jeśli ktoś nie chce uwierzyć, to jest to jego prywatna sprawa, jego przekonania i wiara. Praktyka, działanie pokażą kto popełnia błąd, kto przyjął błędne założenia. Ale nie "walczmy" o rację, nie ma o co... Lepiej wynieść coś mądrego z rozmowy niż kłócić się o pojęcia.

Jak powiedział kiedyś Jan XXIII do swojego rozmówcy, marksistowskiego dziennikarza - "dzielą nas TYLKO poglądy".


Tutaj macie linki do fragmentów książek naszych gości z  poniedziałkowej debaty:
http://grzymianie.wrzuta.pl/plik/644asHiiYwT/wolenski
http://grzymianie.wrzuta.pl/plik/2dfg9utNmZN/wszolek

wtorek, 11 stycznia 2011

in in-vitro

Witajcie.
Na ostatnim spotkaniu Doxy zastanawialiśmy się nad zagadnieniem in-vitro. Szukaliśmy argumentów za i przeciw; pytaliśmy się o pozytywne i negatywne aspekty sztucznego zapłodnienia.

Mam nadzieję, że w głowach dyskusja toczy się Wam dalej, i - choć wiele sobie wyjaśnialiśmy - jest jeszcze sporo do rozważenia...

Serdecznie polecam artykuł o nieco szerszej perspektywie, ale niemniej wartościowy i przygotowujący grunt dla dalszych poszukiwań w tym temacie: http://mateusz.pl/wdrodze/nr421/03.htm

środa, 15 grudnia 2010

Doxa po godzinach

"Zmywanie"

Dziecko jest nieobecne.
Nieobecna kobieta.
I mnie nie było.

Skąd wobec tego
te brudne naczynia?
Kto jadł z naszych miseczek?

To nie był szatan.
Szatani się żywią
czym innym przecież.

Tu być musiało
coś drastyczniejszego.
Jest jeszcze wśród zastyglych resztek.



"Nieoczywiste -- wiersze religijne według Marcina Świetlickiego"

wtorek, 14 grudnia 2010

rodzinne re(we)lacje!

witajcie, zacni blogerzy;)

na ostatnim spotkaniu, jak co po niektórzy pamiętają, oglądaliśmy filmiki przeciekawe dwa
( http://www.youtube.com/watch?v=hLaa4fSH_40 oraz http://www.youtube.com/watch?v=ILmjvmsExNQ&feature=related )
a po nich wystartowaliśmy z dyskusją, której temat był o tyle codzienny, co nierozkminiony;)

zastanawialiśmy się więc, czym właściwie są relacje-i co wyjątkowego jest w tych pierwszych, rodzinnych(poza tym, że są pierwsze właśnie;)). jakie są, a jakie powinny być. z morza życiowych przykładów oraz odniesień do filmu wychynął obraz relacji rodzinnej, która kształtuje nas od samego zarania i sama w sobie nadaje unikalny sens życiu ('Doświadczając tych specyficznych relacji, uważamy je za unikalne i niemożliwe do zastąpienia, i wydają się one w największym stopniu uosabiać sens naszego życia'- P.Marris),a która jednak nie ma być celem jedynie sama dla siebie.

tutaj padło wiele przykłado-pretensji, bo rodzice to często nie tyle wychowawcy, ale 'chowawcy' (jak owi 'w Beczce chowający', filmowi rodzice). a warto powiedzieć, że człowiek ukształtowany rodzicielską miłością ma ją nieść w świat ('W relacji z matką dziecko zdobywa poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności, zaś ojcowie testują to poczucie i sprawdzają, w jakim stopniu dziecko jest w stanie przenieść nabyte umiejętności z jednej relacji na inną'- J.Wojciechowska).

staraliśmy się prześledzić rozwój dziecka w trakcie biegu życia, czemu posłużył nam statystyczny Jaś. uzbroiliśmy go więc w rodzicielską akceptację, troskę, zaufanie, wiarę w siebie, aby zastanowić się nad tym, co by było, gdybyśmy tego nie zrobili?-czy dziecko może nadrobić to, czemu rodzice nie dostawali? czego nie dostało od nich? wśród zwolenników determinizmu (Freudo-podobnego) znaleźli się optymiści, twierdzący, że niedostatki z dzieciństwa zwykle można choć w pewnym stopniu nadrobić. (choć łatwe to nie jest).

dwa problemy zdały się szczególnie istotne i zastanawiające-wzajemność i ciągłość niezwykłej, dziecięco-rodzicielskiej relacji. E.Sujak powie: '
Rozwój miłości rodzinnej pokrywa się niemal z rozwojem osobowym człowieka, toteż najlepiej ten rozwój rozpatrzyć na kanwie życia człowieka: od jego narodzenia aż do końca życia, rozpatrując kolejno przyjmowane role i zadania'- co poniekąd może stanowić odpowiedź na drugie zagadnienie. brat Grzegorz zaakcentował natomiast wzajemność relacji 'Jasiów' z ich mamami i tatami. rzuca to ciekawe światło na codzienne patrzenie na tę szczególną relację-rzeczywiście, od maleńkości dziecko niesie swój wkład w życie rodziny. należy o tej dwustronności pamiętać, rozważając choćby temat aborcji.

na koniec-po co właściwie mieć dziecko?-pytanie Karola spotkało się z konsternacją. ale trwała ona tylko chwilę, bo przecież jesteśmy ekspertami od pozornie banalnych tematów;) co należy zaakcentować (pośród różnych utylitarnych głosów i ważnych, oczywiście, względów rozwoju osobistego rodziców)-to piękny głos o traktowaniu dziecka jako daru i jako owocu Miłości, która głośno domaga się aktu (s)tworzenia.

a jakie jest Wasze zdanie na temat rodzicielstwa i dziecięctwa:)?-ile w Waszym mniemaniu znaczy ta relacja?-jak dalece odbiega od 'klasycznych' relacji typu przyjaźń? czy dałoby się wzrastać bez mamy i taty?(i jak by ten wzrost wyglądał, w kontekście ich różnych ról w rozwoju malucha?) czy Miłość może być pełna, jeśli nie przyjmie ludzkiej, kruchej postaci nowego życia?

...bo prawdziwa rozmowa nie kończy się;)

czwartek, 2 grudnia 2010

Kant o osobie

"Twierdzę oto: człowiek i w ogóle każda istota rozumna istnieje jako cel sam w sobie, a nie tylko jako środek. Wola tamtego lub innego nie może używać drugiego wedle swego upodobania, lecz każdy człowiek musi być uważany za cel sam w sobie zawsze, we wszystkich swych czynach, odnoszących się tak do niego samego jak też do innych istot rozumnych. Wszelkie przedmioty [ku którym kierują się nasze] pragnienia i dążenia mają tylko wartość warunkową. Gdyby bowiem skłonności i oparte na nich potrzeby nie istniały, to przedmiot naszych dążeń byłby bez wartości. Same zaś pragnienia jako źródła potrzeb nie tylko nie mają żadnej bezwzględnej wartości, tak aby ich sobie życzyć, ale nawet musi być powszechnym życzeniem każdej istoty
rozumnej, żeby się od jakichkolwiek dążeń zupełnie uwolnić.

A zatem wartość wszystkich przedmiotów, jakie dzięki naszym czynnościom mielibyśmy zdobyć, jest zawsze warunkowa. To, co istnieje, a czego istnienie zależy nie od naszej woli, ale od przyrody, ma mimo to -- o ile jest czymś pozbawionym rozumu – tylko względną wartość tylko jako środek (a nie cel), i zwie się dlatego rzeczą. Natomiast istoty rozumne nazywamy osobami, ponieważ już ich natura wyróżnia je jako cele same w sobie, tj. jako coś, czego nie należy używać tylko jako środka i co jest przedmiotem szacunku.

Są to więc nie tylko subiektywne cele, których istnienie jako skutek naszego czynu posiada dla nas wartość, lecz cele obiektywne, tj. rzeczy, których istnienie samo w sobie jest celem, i to takim, którego nie można zastąpić żadnym innym celem. Istnienia te nie mogą służyć jedynie za środek do innego celu, ponieważ bez niego nie znalazłoby się zgoła nic, co miałoby wartość bezwzględną. Gdyby zaś wszelka wartość była warunkowa, a więc przypadkowa, wówczas nie moglibyśmy znaleźć dla rozumu w ogóle żadnej najwyższej praktycznej zasady."

Z "Uzasadnienia Metafizyki Moralności"